Zadanie 1.3 — matura 2015

Rok: 2015 1 pkt otwarte

Tekst źródłowy

René Descartes — Tekst(y) źródłowy(e) przed pierwszym zadaniem

René Descartes
Medytacje o pierwszej filozofii
Zakładam więc, że wszystko to, co widzę, jest fałszem, wierzę, że nie istniało nigdy nic
z tego, co mi kłamliwa pamięć przedstawia, nie posiadam wcale zmysłów. Ciało, kształt,
rozciągłość, ruch i miejsce są chimerami. Cóż zatem będzie prawdą? Może to jedno tylko, że
nie ma nic pewnego.
Lecz skądże wiem, że poza tym, co już wymieniłem, nie ma nic innego, o czym wątpić
najmniejszej doprawdy nie ma przyczyny? […] Czyż więc przynajmniej ja sam czymś
jestem? Zaprzeczyłem już jednak, jakobym posiadał w ogóle jakieś zmysły i jakieś ciało. Tu
jednak zatrzymuję się. Bo cóż stąd wynika? Czyż jestem tak ściśle związany z ciałem
i zmysłami, że bez nich nie mógłbym istnieć? Lecz już przyjąłem, że nic w świecie nie
istnieje: ani niebo, ani ziemia, ani umysły, ani ciała, czyż więc nie przyjąłem, że i ja nie
istnieję? Ja jednak na pewno istniałem, jeśli coś przyjąłem. Lecz istnieje zwodziciel – nie
wiem, kto nim jest – wszechpotężny i najprzebieglejszy, który zawsze rozmyślnie mnie łudzi.
Nie ma więc wątpliwości, że istnieje, skoro mnie łudzi! […] Tak więc po wystarczającym
i wyczerpującym rozważeniu wszystkiego, należy na koniec stwierdzić, że to powiedzenie: Ja
jestem, ja istnieję, musi być prawdą, ilekroć je wypowiadam lub pojmuję umysłem.
Jednakże jeszcze niedostatecznie rozumiem, kim jestem ja sam, ja, który teraz już
koniecznie istnieję […].
Za cóż się tedy dotychczas uważałem? Oczywiście za człowieka; lecz czym jest człowiek?
[…] Teraz znalazłem! Tak: to myślenie! Ono jedno nie daje się ode mnie oddzielić. Ja jestem,
ja istnieję; to jest pewne. Jak długo jednak? Oczywiście, jak długo myślę; bo może mogłoby
się zdarzyć, że gdybym zaprzestał w ogóle myśleć, to natychmiast bym cały przestał istnieć
[…]. Jestem więc rzeczą prawdziwą i naprawdę istniejącą; lecz jaką rzeczą? Powiedziałem:
myślącą […]. Jest to rzecz, która wątpi, pojmuje, twierdzi, przeczy, chce, nie chce, a także
wyobraża sobie i czuje […].
W tych to niewielu wyrazach wymieniłem wszystko to, co wiem naprawdę, albo
przynajmniej to, o czym dotąd stwierdziłem, że wiem. Teraz pragnę pilniej rozpatrzyć, czy
może jest we mnie jeszcze coś innego, czego dotąd nie zauważyłem.
Wiem to na pewno, że jestem rzeczą myślącą, czyż więc wiem także, czego na to potrzeba,
abym był czegoś pewny? Otóż w tym pierwszym poznaniu nie ma nic innego, jak pewne,
jasne i wyraźne ujęcie tego, co twierdzę […]. Widzę zatem, że mogę jako ogólną zasadę
ustanowić, że wszystko to jest prawdą, co całkowicie jasno i wyraźnie ujmuję.
Tymczasem przyjmowałem dawniej wiele rzeczy, jako całkowicie pewne i oczywiste,
o których się później przekonałem, że są wątpliwe. Cóż to były za rzeczy? Oto ziemia, niebo,
gwiazdy i wszystko to, co zdobywałem zmysłami […].
Co się zaś tyczy idei, to nie mogą one właściwie być fałszywe, jeżeli się je rozważa same
w sobie, a nie w odniesieniu do czegoś innego […]. Gdybym […] same idee rozważał jako
pewne odmiany (modos) mego myślenia, a nie odnosiłbym ich do czegoś innego, to
z pewnością nie mogłyby mi dostarczyć żadnego materiału do popełnienia błędu.
Z tych zaś idei jedne wydają mi się wrodzone, inne nabyte, jeszcze inne przeze mnie
samego urobione […].
Tu jednak należy się zająć przede wszystkim tymi ideami, które – jak sądzę – pochodzą
jakoby od rzeczy istniejących na zewnątrz mnie i zbadać, jaka racja skłania mnie do tego,
żebym je uważał za podobne do tych rzeczy. Otóż wydaje mi się, że poucza mnie o tym
natura […].

Gdy tu mówię, że poucza mnie o tym natura, to pojmuję przez to tylko, że jakiś pęd
samorzutny popycha mnie do tej wiary, a nie jakoby mi się to okazywało prawdą dzięki
jakiemuś przyrodzonemu światłu rozumu (lumen naturale) […]. Wszystko bowiem, co mi się
ujawnia przez przyrodzone światło rozumu (jak np. że stąd, iż wątpię, wynika, że istnieję
itp.), żadną miarą nie może podlegać wątpliwości, ponieważ nie może istnieć żadna inna
[natura], której bym w tym samym stopniu ufał, jak owemu światłu rozumu, i która mogłaby
mnie pouczyć, że to nie jest prawdą […].
Bez wątpienia bowiem te idee, które mi przedstawiają substancję, są czymś więcej
i zawierają w sobie więcej – że się tak wyrażę – obiektywnej rzeczywistości (realitatis
obiectivae) aniżeli te, które przedstawiają tylko modi, czy też przypadłości (accidentia);
a znowuż idea, przez którą pojmuję jakiegoś Boga najwyższego, który jest wieczny,
nieskończony, wszystkowiedzący, wszechmogący i jest stworzycielem wszystkiego, co jest
poza Nim, zawiera z pewnością więcej obiektywnej rzeczywistości, aniżeli te idee, które
przedstawiają substancje skończone.
Jest zaś rzeczą oczywistą dzięki przyrodzonemu światłu rozumu, że przynajmniej tyle musi
być rzeczywistości w całkowitej przyczynie sprawczej, ile w jej skutku, bo skąd – pytam –
mógłby skutek wziąć swoją rzeczywistość, jak nie z przyczyny? A jakżeby przyczyna mogła
mu ją dać, gdyby jej sama nie posiadała? Z tego jednak wynika, że ani żadna rzecz nie może
powstać z niczego, ani też rzecz doskonalsza, tzn. taka, która zawiera w sobie więcej
rzeczywistości, nie może powstać z mniej doskonałej; i to jest oczywistą prawdą nie tylko
w odniesieniu do tych skutków, których rzeczywistość jest aktualna lub formalna, ale także
w odniesieniu do idei, w których wchodzi w grę tylko rzeczywistość obiektywna […].
Im dłużej i dokładniej to wszystko badam, tym jaśniej i wyraźniej poznaję, że to jest
prawdziwy stan rzeczy; lecz jakiż z tego w końcu wysnuję wniosek? Otóż – jeżeli
rzeczywistość obiektywna którejkolwiek z moich idei jest tak wielka, że jest rzeczą pewną, iż
nie może ona być we mnie ani formalnie, ani eminentnie, a co za tym idzie, że ja sam nie
mogę być przyczyną owej idei – to z tego wynika niezbicie, że nie jestem sam na świecie,
lecz że istnieje jeszcze jakaś inna rzecz, która jest przyczyną owej idei […].
Wśród tych zaś moich idei – oprócz owej, która mi przedstawia mnie samego i która nie
może tu sprawiać żadnej trudności – jest inna, która przedstawia mi Boga, […] nad którą
należy się zastanowić, czy nie ma w niej czegoś takiego, co by nie mogło pochodzić ode mnie
samego. Pod nazwą Boga rozumiem pewną substancję nieskończoną, niezależną,
o najwyższym rozumie i mocy, która stworzyła mnie samego i wszystko inne, co istnieje,
o ile istnieje. Otóż te wszystkie przymioty są tak wielkie, że im uważniej się nad nimi
zastanawiam, tym bardziej niemożliwym mi się wydaje, by mogły pochodzić ode mnie
samego. Musi się więc na podstawie tego, co przed chwilą powiedziałem, dojść do wniosku,
że Bóg koniecznie istnieje. Bo chociaż idea substancji jest wprawdzie we mnie, dlatego
właśnie, że ja sam jestem substancją, nie byłaby to jednak idea substancji nieskończonej, jako
że ja jestem skończony, chyba żeby pochodziła od jakiejś substancji, która by naprawdę była
nieskończona.
R. Descartes, Medytacje o pierwszej filozofii, Kęty 2001, s. 48–66.

Zobacz cytowanie w arkuszu

Polecenie

Określ, co według Kartezjusza jest podstawą pewności wiedzy.

Informacje o zadaniu

Filozofowie / autorzy: René Descartes

Dział: Epistemologia

Pokaż odpowiedź

Odpowiedź CKE

Podstawą wiedzy pewnej jest według Kartezjusza jasność i wyrazistość jej ujęcia.

Zasady oceniania

Maksymalnie 1 pkt; szczegółowe progi w PDF zasad oceniania.

Oryginalny arkusz CKE

Oficjalne zasady oceniania